Salon ślubny odmówił obsługi klientek z Indonezji

Karni i Pratiwi pochodzą z Indonezji. Mieszkają od lat w Polsce, mają polskich partnerów.

W salonie w Warszawie, przy Al. Jana Pawła II umówiły się na oglądanie sukien ślubnych. Termin zarezerwowały z wyprzedzeniem. 

Jednak nie przymierzyły ani jednej.

 

Po przyjściu do salonu pracownice popatrzyły na nie i coś między sobą szeptały. Po czym zniknęły na zapleczu. Karni i Pratiwi usiadły więc na sofie czekając na obsługę.

 

Jednak zamiast niej pojawił się właściciel salonu. I wyjaśnił, że klientki... mają wyjść. Pracownice odmówiły obsłużenia ich. Z jakiego powodu?

 

Właściciel pokazał na nie dłonią: no, wiecie...

 

Z powodu tego, że jesteśmy Azjatkami? - zapytała Karni. 

 

Właściciel przytaknął. I dodał, że nie jest w stanie zmusić pracownic do obsłużenia klientek, bo one... boją się.

 

Boją się? Czego? - dopytywała Karni.

 

Śmierci - odpowiedział właściciel salonu.

 

Okazało się, że pracownice skojarzyły Indonezyjki z Chinkami, a skoro Chinki to koronawirus. 

 

Na nic zdały się tłumaczenia, że mieszkają w Polsce, od dawna nie były w Azji. Na nic danie możliwości wycofania się z dyskryminującej decyzji. Właściciel rozłożył ręce i pożegnał je wypraszając ze sklepu.

 

Ośrodek złożył w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury o dyskryminacji z powodu pochodzenia. 

 

Nie zgadzamy się na takie zachowanie wobec kogokolwiek. Przywodzi to na myśl najgorsze elementy propagandy nazistowskiej, gdy twierdzono, że Żydzi przenoszą tyfus. Tłumaczenia, że to obawa przez zakażeniem są niedorzeczne. Równie dobrze pracownice mogłyby obawiać się każdego innego klienta, natomiast wybrały wyłącznie dwie kobiety z Indonezji. Z powodu ich pochodzenia. 

 

 

 

 

 

 

05/03/20